Elżbieta i Bartłomiej
Niektóre pierwsze spotkania zostają w pamięci na długo. Tak było z Elżbietą i Bartłomiejem. Już podczas naszej pierwszej rozmowy wiedziałem, że będzie to wyjątkowa współpraca. Ku mojemu zaskoczeniu to właśnie Bartłomiej zadawał większość pytań. Doskonale orientował się w świecie fotografii, znał sprzęt, style pracy i zwracał uwagę na detale, których na co dzień nie porusza większość przyszłych par młodych. To było spotkanie dwóch ludzi, którzy patrzą na fotografię z dużą świadomością. Tym bardziej byłem ciekawy dnia ślubu. I wtedy wydarzyło się coś, co bardzo często obserwuję podczas reportaży. Najbardziej opanowani ludzie również się stresują. Podczas ceremonii Bartłomiej, mimo swojej pewności z czasu przygotowań, wyraźnie przeżywał każdą chwilę. Widać było, jak ogromne znaczenie ma dla niego ten dzień. To właśnie te emocje sprawiły, że wszystkie wcześniejsze rozmowy zeszły na dalszy plan. Pozostali już tylko oni. Elżbieta. Bartłomiej. I moment, który miał zostać z nimi na całe życie. Ich ślub był kameralny. Bez wielkiego rozmachu. Bez setek gości. W otoczeniu najbliższej rodziny, w spokojnym i urokliwym miejscu, gdzie najważniejsi byli ludzie, a nie scenografia. Lubię takie uroczystości. Bo przypominają, że piękny ślub nie zawsze mierzy się liczbą gości czy wielkością sali. Najczęściej mierzy się atmosferą. Bliskością. I emocjami, których nie da się zaplanować. Patrząc dziś na ten reportaż, mam wrażenie, że opowiada on właśnie o tym. O tym, że nawet najbardziej przygotowany plan nie jest w stanie przewidzieć tego, co dzieje się w sercu. I może właśnie dlatego fotografie z tego dnia mają dla mnie taką wartość. Bo pokazują ludzi dokładnie takimi, jakimi byli. Prawdziwymi.